wtorek, 8 maja 2007

Rozdział I - Część I

Odgłosy przyspieszonych kroków tłumił wytarty czerwony dywan rozłożony na całej długości słabo oświetlonego korytarza. Dźwięki stukających o siebie szklanych fiolek były, skuteczniejszymi niż kroki, zabójcami gęstej ciszy. Po dłuższej chwili do dźwięków zakłócających spokój dołączył szybki oddech i trzaśnięcie drzwiami. Kobieca postać wpadła z impetem do komnaty oświetlonej jedynie blaskiem księżyca kładącym długie cienie na kamiennej posadzce. Oparła się o solidne drzwi łapiąc głęboki oddech. Po dłuższej chwili odstawiła skrzynkę pełną magicznych komponentów na solidny dębowy regał stojący na prawo od wejścia.

Blask księżyca padł na twarz młodej kobiety czyniąc jej cerę nienaturalnie bladą. Na czole, tuż nad starannie ukształtowanymi brwiami zalśniła kropelka potu i spłynęła okalając ciemnozielone oczy kształtu idealnego migdału. Popłynęła dalej po ostro zarysowanych kościach policzkowych zanikając na wysokości wąskich, ściągniętych ust. Kobieta zmierzwiła swoje długie aż za łopatki, kasztanowe włosy kilkoma szybkimi ruchami rozczapierzonej dłoni, westchnęła płytko. Dłońmi na chwilę ściągnęła włosy w kitkę odsłaniając wytatuowane na karku ozdobnymi literami słowo "Kera"...

Na przeciw niej siedziała lekko przygarbiona męska postać, na twarzy której widać było wyraźne oznaki zniecierpliwienia.

- Jesteś pewna, moja droga, że nikt nie zainteresuje się znikającymi co wieczór elementami wyposażenia pracowni panny Haron? - mężczyzna podniósł wzrok na zdyszaną dziewczynę, odkaszlnął.

- Jestem pewna. Że zauważą. Ale to był twój pomysł. Zresztą... jak dotąd największym problemem były wrzaski kotosów.

- Ah, i to z tego powodu ten pośpiech? - złośliwy uśmiech wpełzł na twarz mężczyzny. Po dłuższej chwili niezręcznej ciszy chłopak podniósł się z fotela i ostentacyjnie strzepnął z ramienia nieistniejący pyłek. Podszedł nieśpiesznie do regału, otworzył dopiero co przyniesioną skrzynkę i wyciągnąwszy z niej kilka fiolek zaczął w świetle księżyca odczytywać treść etykiet.

- Zapaliłabyś świeczki - zwrócił się do siostry półszeptem, próbując bezskutecznie zidentyfikować zawartość trzymanego pojemniczka.

Silniejszy podmuch wiatru trzasnął wypaczonymi przez czas i wilgoć okiennicami. Dziewczyna, ignorując uszczypliwość brata, spokojnym krokiem zbliżyła się do biurka, na którym stały dwie częściowo wypalone świece. Z kieszeni wyciągnęła drobną skórzaną sakiewkę i nabrała z niej na koniuszek palca odrobinę szarawego pyłu. Posypała nim nadpalone knoty; te natychmiast zajęły się ogniem, z początku nazbyt wielkim, po chwili jednak przybrał odpowiednie rozmiary. Pokój rozjaśniła bladozłota poświata.

W świetle wyraźne stały się ostre rysy twarzy młodego mężczyzny. Płomień świec odbijał się w dużych zielonych oczach o kształcie idealnego migdału. Płomiennobrązowe włosy opadały gęsto na szerokie ramiona i spływały dalej po plecach kończąc się tuż za mocno zarysowanymi łopatkami. Wąskie usta poruszały się niewyraźnie, bezgłośnie, kiedy mężczyzna z trudem odczytywał w półmroku słowa na etykietach. Zmrużył oczy, skóra marszcząca się w kącikach oczu uwydatniła i tak już dość wyraźnie zarysowane kości policzkowe. Mężczyzna sięgnął dłonią do karku rozmasowując go chwilę, nerwowym ruchem odgarnął włosy za ucho; ujawnił tym gestem wytatuowane ozdobnymi literami słowo "Ikaan".

Wiatr poruszył płomieniami świec. Kera podeszła do okna, aby je trochę przymknąć. Kątem oka dostrzegła parę snujących się po dziedzińcu osób w białych płaszczach.

- Dziwne, normalnie nikt o tej porze się tu nie kręci - powiedziała ni to do siebie ni to do brata, wciąż jednak obserwując przemieszczające się sylwetki.

- Ktoś idzie? - Ikaan szybko ruszył do okna, nerwowym machnięciem ręki gasząc dopiero co zapalone świece. Podszedłszy do okna odepchnął ramieniem siostrę. - Widziałaś ich dokładnie? Kto to mógł być?

- A skąd mam niby wiedzieć? Nie dość, że jest środek nocy, to jeszcze leje, nie zbyt wiele ode mnie wymagasz? - Odburknęła Kera masując jednocześnie lekko obite ramie. - Widziałam, że są jasno odziani.

Chłopak zacisnął zęby w milczeniu obserwując wciąż, już pusty, zamkowy dziedziniec. Po chwili oderwał wzrok od mrocznej pustki nocy i przeniósł go na siostrę, zmarszczył brwi w zamyśleniu.

- Co jest? Kogoś się spodziewasz? - Spytała nieco zatroskana. - Znam to spojrzenie, mów o co chodzi.

- Nie dene... - Słowa Ikaana zostały niespodziewanie przerwane przez wyjątkowo energiczne pukanie do drzwi.

- Kurwasz, trzeba ukryć skrzynkę - wycedziła nerwowo Kera rzucając się jednocześnie w stronę regału - To pewnie rektor.

Gdy Kera była zaledwie w połowie drogi ku drzwiom, otworzyły się one na oścież w skutek silnego kopnięcia. Dziewczyna skuliła się wystraszona hukiem, pierwszy z trzech w biel odzianych mężczyzn sięgnął ku niej. Przed wejściem stało jeszcze 2 zbrojnych i jeden z wykładowców akademii. Ikaan przygryzł dolną wargę obserwując przez chwilę w bezruchu scenę, po czym szybko złapał stojący tuż obok niego stołek i jednym szybkim ruchem rzucił nim w stronę zamkniętego okna wybijając szybę. Brzdęknięcie szkła wywołało długą i pełną napięcia ciszę... Uświadomiła ona Ikaanowi, że najwyższy czas podążyć za wyrzuconym stołkiem, co też bez dalszych namysłów uczynił. Po upływie dosłownie sekundy potrząsnął głową wciąż nie dowierzając, że zdobył się na skok z trzeciego wysokiego piętra zamku. Gwałtownym, acz dość niezdarnym ruchem sięgnął do kieszeni spodni rozrywając je na całej długości nogawki. Wydobył skórzaną sakiewkę i, tylko cudem jej nie upuściwszy, nabrał garstkę złotego pyłu, który to od razu wyrzucił pod siebie. Małe, drobne piórka które wyleciały mu z dłoni, szybko rozsypały się na niewidoczne drobinki, migoczące jedynie słabo niczym płatki kurzu uniesione przez lekki podmuch, tańczące w smudze światła. Błyszczące pyłki otoczyły przerażoną postać Ikaana. Najwyraźniej dzięki temu chłopak zaczął spadać coraz wolniej. Lekko niczym piórko wylądował na dziedzińcu, w dość głębokiej i rozległej kałuży. Podniósłszy się z błota, rozpoczął wyścig z czasem ku otwartej bramie, która łączyła dziedziniec z droga dojazdową.